{boogie art}
niedziela Lipiec 23rd 2017

Kategorie

  • Brak kategorii

Ciekawe strony

Treści własne

Archiwa

z opowiadań zuzi ha.

1. you’re so cool…


colourfull



wsiadała do tramwaju. w roztargnieniu podarła rajstopy o wystającą krawędź schodów, tych pojebanych, jak zwykle za wysokich schodów.
- kurwa, ja pierdolę, a nowe rajtuzy kupiłam, różowe z haemu, ja pieprzę, co za dzień. chuj by wziął, ja jebię, nie wytrzymam.
facet, co siedział naprzeciw wejścia tramwajowego spojrzał na nią z oburzeniem godnym świętej panienki i się obruszył, aż mu było widać żyłkę niebieską na twarzy, na czole, w lewym rogu. wyskoczoną, wstrętną, wypukłą niebieską żyłkę.
„a fuj fuj fuj, co za żyłka wyskoczyła mu”, myśl jej przebiegła po obwodach nerwowych, znerwicowanych, ale dla uspokojenia sumienia swego i wielmożnego pana, błogosławienie oburzonego, powiedziała pod nosem: – ach! no tak, tak, i choćby jutro kur… tfu tfu, kury latać miały, eee… choćby lało i wiało, to rowerem przyjadę na lekcje, do centrum. o tak, rowerem przyjadę. zjawię się, jak ten janioł co panienkę zgwałcił…
jak zwykle powiedziała zbyt dużo nad to, co powiedzieć chciała i na czego wyrażenie wystarczyłoby jedynie kilka słów „idzicie wszyscy się pierdolić, do cholery!”.
gniew. cóż – niesprzyjające urodzie uczucie. niesprzyjające właściwie niczemu. ale co tam, zapali papierosa, zaraz się uspokoi. płakać nie będzie, płaczu jest za dużo na świecie, a on zawsze się złościł, kiedy płakała, dlatego po co znowu tyle łez. łzy są słone, a ona lubi słodycze. poza tym, przecież mówił, żeby żyć i śmiać się. o tak, śmiać to ona się będzie ciągle i nieustannie. z rajstop podartych i z rany na dłoni, którą zrobiła, trąc na tarce marchew. marchewka, marchewka, marchewka. jebać marchewki. niech się ugotują. albo niech się zrobią na parze – zdrowiej tak.
a ona się zaśmieje, nie raz jeszcze. z tego, jak bardzo jej się nic nie chce. i z tego, że wciąż tylko szerzy wokół siebie destrukcję totalną, rozpadają jej się w dłoniach przedmioty tak, jakby to robiły na złość.
- właściwie to tak. tak, zawsze miałam ochotę zbić go marchewką. walnąć go w tą jego przeintelektualizowaną głowę ogromną, pomarańczową, świeżą i twardą marchewą. przestałby ganiać z oknami po mieście.
tramwaj się zatrzymał. ding dong, ulica moja. czas wysiadać.
„a tu trzeba się przepychać przez te spocone ciała. jak przez magmę jakąś. co za miasto. i znów pada”

back to FAMILY TREE

odnalazłam niedawno w gąszczu płyt ukochaną kiedyś przeze mnie płytę Bjork, Family Tree właśnie.
i odkryłam, że nadal kocham to słodkie różowe pudełko z małymi płytkami w środku, w okładkach zaprojektowanych przez
Gabrielę, przyjaciółkę piosenkarki.

Fashion Week

jej rzeźby i inne dziełka mają w sobie coś, co wykrawa w pamięci kawałek własnej przestrzeni.

GABRIELA

                  

…:::shot to pieces:::…

bang! bang!…zabawa w strzelanie, miło, nie ma co, ledwo się odwrócisz, a tu cię eliminują.
Postrzeliła mnie
KociaSzafa

Reguły gry:

1. podać linka do bloga osoby, która nas ustrzeliła,
2. zacytować na swoim blogu zasady zabawy,
3. wpisać 6 nieważnych, śmiesznych rzeczy na swój temat,
4. “strzelić” do następnych 6 osób,
5. uprzedzić wybrane osoby, zamieszczając komentarz na ich blogu.

Co ja mogę o sobie napisać, miało być bez privaty, ach ech i och…

  • często miewam niekontrolowane napady śmiechu, na co niektórzy zalecają psychotropy, co nie znaczy, że jestem chora. po prostu… czasami się nie kontroluję,
  • kiedy się denerwuję, sprzątam namiętnie kuchnię, czekając tylko aż ktoś przyjdzie i wręczy mi kolejny talerz do umycia,
  • zapominam wyciągać śmieci ze swojego koszyka rowerowego, przez co nieraz tworzą się w nim samoistnie małe ‚dzieła sztuki’,
  • hoduję w doniczce liście bambusa, które niestety chyba są niedorozwinięte, gdyż zaobserwowałam u nich ‚rozwój wsteczny’,
  • mam probelm z używaniem ‚normalnych’ słów, gadam przez telefon i na myśl przychodzą mi tylko jakieś kontaminacje werbalne.

in a dust of quotes

jak się okazuje, wszystko jest cytatem, każde zdarzenie już się wydarzyło, a istnienie jest tylko marnym powtórzeniem, na dodatek wziętym w ogromny nawias, oznaczający konieczność zdystansowania się.
jak stwierdził J. Derrida, guru dekonstrukcjonizmu: „to pretend, I actually do the thing: I have therefore only pretended to pretend”.

p. villalar LABERINTO (PENSAMIENTO)

przekładając to na język sztuki -> wszystkie teorie ZeitgeistWeltanchanung biorą w łeb; super, mega, hiper-cykliczność zwycięża nad rzekomym  progresem.
jakby więc nie było, kultura jest tekstualna albo może… kontekstualna. żyjemy w wielkim kotle historii, tradycji, słów dawno już wypowiedzianych i czynności dokonanych. to, czego nie zdążymy zrobić, zrobi za nas ktoś inny. bo „wszystko zdarza się dwa razy” – jak to mawia R.
niczego nowego tutaj nie tworzę i właśnie to mnie nieco przygnębia. poza tym – wszędzie czai się Wikipedia i jej lodowate macki (!). może należałoby na nowo ponazywać przedmioty, aby nie istaniała konieczność używania słów, które już dawno się właściwie przeterminowały?

Jacques Derrida napisał w Jednojęzyczności innego, czyli protezie oryginalnej:
Marzenie, które miało się wówczas zacząć marzyć, polegało może na tym, by sprawić iżby się coś temu językowi zdarzyło. Było to pragnienie, żeby przybył, zdarzył się tutaj, i żeby jemu coś się zdarzyło, temu językowi wciąż nietkniętemu, wciąż czcigodnemu i czczonemu, wielbionemu w modlitwie jego słów i w zobowiązaniach, które się w nim zaciągają…”
lubię ten cytat. oddaje w pełni to wszystko, o co mi chodzi, a czego wyrazić nie potrafię.

  • synestezja znaczeń
  • paradoks powtórzeń („The only ism Hollywood believes in is plagiarism” /D. Parker/)
  • bezsens istnienia w ogóle . . .

Razors pain you;
Rivers are damp;
Acids stain you;
And drugs cause cramp.
Guns aren’t lawful;
Nooses give;
Gas smells awful;
You might as well live.
/znowu Dorothy Parker/

no i cóż, pozostaje tylko wstawić kolejny cytat jakowy. właśnie znalazłam znakomite słowa Julii Fiedorczuk a propos tomiku wierszy A. Sosnowskiego. napisała wielce ciekawą rzecz, iż „Wszystko jest cytatem. Wszystko, co ma jakikolwiek sens, zawsze jest cytatem. To zasadniczy wymóg języka: znak jest zawsze powtórzeniem samego siebie, ponieważ musi być rozpoznawalny. Nie ma znaków językowych, które zaistniały tylko raz: jeśli jakiegoś dźwięku, ciągu fonemów, nie da się powtórzyć, mamy do czynienia z hałasem, nie z językiem”.

dlatego właśnie, czytając opowiadania Dorothy Parker z tomu „GRA”, tak często widzę w nich siebie, jakąś taką niepewną i zagubioną w plątaninie myśli osobę. sama jestem niczym cytat.

„I’m nerver going to be famous. I don’t do anything, not one single thing. I used to bite my nails but I don’t even do it any more„.

agata biskup SARENKA NA SNIEGU


więc – doprowadźmy do odrzucenia schematów i pustych znaczeń. przedesygnujmy i odseparujmy, dekonstruujmy i przeksztłcajmy. „take off, get free, disengage yourself” /J. Derrida/

crap craft of art critics

Bogacka SZKLANKA

w codziennej bieganinie z jednej instytucji do drugiej, w której to czuję się zazwyczaj niczym Józef K. z Kafki, do moich uszu nieprzytomnych dochodzą czasem słowa interesujące. i to słowa wypowiadane przez dinozaury polskiej humanistyki, czołgającej się co prawda na obkrwawionych kolanach po asfalcie własnej nieudolności, ale w końcu jeszcze w jakiś-tam-sposób żywej. jednymi ze słów tych wielu, tworzących swoisty bełkot pseudo-naukowej, radosnej twórczości psorów i podobnych osobowości/osobliwości, były takie oto: „malowanie to jest śmieszna czynność, nie należy jej poświęcać zbyt wiele uwagi” (tu następuje spięcie na moich złączach nerwowych, przez chwilę nie wiem, co się dzieje, que pasa i w ogóle).

ALICE

dobrze, że maksyma ta przecudna dotarła do mnie w momencie, kiedy już znajdowałam się na ostatnim stopniu schodów, bo jeszcze groziłby mi poważny, aczkolwiek pewnie zabawny i uroczy, upadek ze schodów. i tak oto najpierw opanował mnie nerwowy nieopanowany śmiech, bo cóż można zrobić w obliczu takiej bezsensownej ignorancji. potem jeszcze myślałam, ze muszę koniecznie znajomym wysłać owe słowa via sms, co by to rozpowszechnić walkę z durnotą uniwersytecką, a potem jakoś nawet zapomniałam, jak dokładnie słowa owe brzmiały.
pamięć jednak zrobiła mi na złość i mi się przypomniały …
i co to miało być niby? o co temu człowiekowi chodziło? jakie malowanie?
ścian malowanie? jak to śmieszna czynność? a skoro mówi, że nie należy jej poświęcać uwagi, to po co w ogóle wygłasza dziwaczne sądy?
tak zaczęłam rozważać ów temat krytyki sztuki, chociaż jak zwykle nie zagłębiając się w szczegóły. tak sobie pływałam po temacie i się złościłam, tupiąc nogami jak małe dziecko, że tak być nie może, że należy zamknąć usta wszystkim podrzegaczom idiotycznych dyskusji o niby czymś tam, ale tak naprawdę o niczym. elokwencja na najwyższym poziomie objawia się właśnie takim pierdoleniem z użyciem „fajnych”, trudno zrozumiałych czasem, słów.
cały proces uznania krytki sztuki za tytułowe crap craft przebiegał jeszcze w kolejnych etapach. jednym z nich było wysłuchanie wynurzeń Asi Rajkowskiej o jej
Dotleniaczu, a następnie przeczytanie konstruktu słownego, pretendującego do bycia tekstem krytyczno-teoretycznym o obrazie Joey Baron Sasnala autorstwa Jakuba Dąbrowskiego.
i tak doszłam do przykrych wniosków, iż coś jest nie tak z krytyką współczesnej sztuki. tak, jakby krytycy albo sami artyści, pragnący być auto-krytykami, gubili się w gąszczu rozmaitych teorii i możliwych (re)interpretacji, nie dochodząc przy tym do żadnych ciekawych wniosków. jakby sztuka i mówienie/pisanie o niej były czymś zupełnie nie współgrającym, jak dwa puzzle nie pasujące do siebie. sztuka chce być jednocześnie krytyczna, autonomiczna, samoistna, a krytyka przy tym jakaś taka rozbiegana, szalona, niepoukładana, dowolna i przez to w ogóle niepotrzebna… czyżby
krytyk sztuki na skraju załamania nerwowego to był obraz jedyny możliwy?

nie chcę tutaj podejmować się krytyki krytki, nie będę tworzyć jakichś piramid zależności i skarg, ale chciałabym się sprzeciwić bojkotowi. jeszcze nie wiem na razie jak mogę czynnie się udzielić w walce przeciwko, ale pomyślę.

tymczasem . . . sztuka ubioru pure&dry, czyli to, co lubimy tutaj najbardziej (ja-nie-ja z pikselami i digitalowymi literami).

kiss & swallow

cytat na dzisiaj:

kiss and swallow

ARCH

heatherwick studio


to się nazywa ARCHITEKTURA.
… obejrzałam
„Łuk” Kim Ki-duka. klimaty dalekowschodnie są inspirujące…

wyżej: to świątynia na wzgórzu nad Kagoshimą w Japonii, usytuowana w miejscu, gdzie zmarł w 1877 r., w bitwie przeciwko imperialistom samuraj, Saigo Takamori. jemu właśnie dedykowana jest ta budowla. niesamowite miejsce, w którym buddyści będą mogli odnaleźć ciszę i skupienie. jestem bardzo ciekawa, jak to będzie wyglądało w środku. jak na razie to jedynie projekt (autorstwa Heatherwick studio). zapowiada się jednak jako coś niezwykłego. budynek wykonany z różnorodnych materiałów ma formą przypominać szatę, w jakiej ukazywany jest najczęściej Budda.
cóż, nie przepadam za takimi odniesieniami i interpretacjami, ale, jakby nie było, forma jest na wskroś organiczna. nie przypomina przez to wcale tworu architektonicznego. zastanawiam się wręcz, czy można tu mówić o formie… to jest fluktuujący radośnie twór, zdający posiadać własne, odrębne istnienie. prawie jak w
„żyjących projektach” Zbigniewa Oksiuty (!).

takie formy zdecydowanie bardziej mi odpowiadają, niż te, które wbijają się groźnie w przestrzeń, ingerują i zawłaszczają, a nie współgrają. myślę (i mam nadzieję), że ten projekt będzie zrealizowany właśnie tak, aby tworzyć coś w rodzaju bramy w pustej przestrzeni, przez którą można by wejść do pewnego wnętrza, nie będąc jednocześnie przez nie zawłaszczanym.

tak by się chciało a nie ma jak


triumf niezrozumienia ogłaszam.

anioły mi chyba nie pomogą, może jedynie takie z twarzą psa, jak w wizjach psychodelicznych Rojka, gdzie spadają na ziemię stworzenia tylko tego pokroju…
oczojebnym różowym się wpiszę, by w ten sposób zaznaczyć w pełni swoją poststrukturalistyczną egzystencję, która przekształca się coraz częściej w wegetację.
przez cały ten relatywizm społeczno-kulturowy, w którym przyszło mi żyć, nie umiem nawet skupić się na czytanym tekście.
no i dlatego ślęczę, podkreślam, zaznaczam, kolorowych flamastrów używam niezmordowanie (chociaż te ich kolory nijak sią mają do moich estetycznych wartości), a wszystko to, co usiłuję wyłuskać przemocą z mojej notatkowej bazgraniny, jakby obok mnie przechodzi i do głowy nie chce wejść, tylko się umieszcza w szufladzie zwanej przeoczeniem. nie umiem z tym już chyba walczyć. w związku z tym właśnie architektura baroku polskiego pozostaje dla mnie czymś do pełnego pojęcia niemożliwym.

ciekawe jest to, że kiedyś zwykły ołtarz z powyłamywanymi gzymsami, belkowaniami i „takimi tam elementami architektonicznymi” kogoś szokował. zobaczyłby ów człowiek baroku dzisiejsze Kunsthaus w Grazu i by doznał ciężkiego szoku, o ile nie doświadczyłby palpitacji serca z (no właśnie – z czego?) przerażenia?, zachwytu?, mistycznego doznania boskiej obecności? (!). ale to już wszak są kwestie kulturowego uwarunkowania zmysłu estetycznego. tyle się nad tym rozwodzili od czasu Baumgartena, mówiono o samej możliwości istnienia estetyki jako samodzielnej nauki, deliberowano nad przeżyciem estetycznym i jego fazami (Roman I. tutaj się wpisał nieusuwalnie, bo przeżycie estetyczne tak rozczłonkował, że chyba po tym akcie samozagłady estetycznej sam już nic estetycznie przeżyć nie potrafił). tylko, ze PIĘKNO się zdezaktualizowało… zresztą, mówienie o pięknie pure&dry jest, moim zdaniem, zupełnie nidozwolone dzisiaj, a wcześniej również było nieuzasadnione.

„kategorie piękna” i pojęcia! wszędzie kategorie i pojęcia!
„granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata”. uf! to męczące.
poza tym – nie umiem podejść do tych słów Wittgensteina tak, jak należy, rozumiejąc je figuratywnie. wolę negować, wyobrażając sobie siebie i swój język skupiony na lodach waniliowych w wafelku, moją upapraną owymi lodami twarz i mój świetny nastrój spowodowany sekwencją tych obrazów.
ale czy mój świat na nich ma się własnie kończyć?! absurd!

ice cream

niestety niejednokrotnie się przekonuję, iż to, co nie nazwane, po prostu nie istnieje. odnosząc to do aktualnego stanu mojej wiedzy na temat sztuki baroku polskiego, wydaje się, że będę musiała uciec się do jakiegoś innego sposobu komunikacji podczas egzaminu, coby to przekazać moją rozległą wiedzę (której nie posiadam, ale, kto wie, może jakiś mały cud; głos tajemniczy, widmo na ścianie, objawi mi prawdy jedyne o baroku polskim).
privata się wkradła, ale to uzsadnione – przede wszystkim stanem mojego ciała, które już nie wytrzymuje siedzenia w jednym miejscu.

fafinette

potrzeba zmiany miejsca pobytu nasila się u mnie nieustannie ostatnimi czasy.
przemożna chęć podróżowania – to brzmi tak pretensjonalnie. może wystarczyłoby tylko, abym zmieniła paradygmat, punkt widzenia. powinnam raczej oddać się hermeneutycznej analizie rzeczywistości (nie
wiem tylko której – virtual czy real); mogłoby być ciekawie.

a tu się okazuje, że „magia jest HERMENEUTYKĄ i każda forma hermeneutyki jest magią” (Estera Ernshow, Księga czarów Voo Doo).

to może by tak coś zaczarować? albo lepiej od-czarować?


i tak to Marcel Proust pozostanie na zawsze moim idolem. cokolwiek się stało lub nie stało, on zawsze wiedział o co chodzi – może dlatego, że spędził większość swojego życia w pokoju obitym korkiem jak roślinka otaczany przez troskliwe nianie, dbające o to, aby nie zaszkodził mu przeciąg?

w każdym razie, „życie społeczne przypomina życie seksualne: nikt nie jest w stanie przewidzieć, do jakich perwersji ludzie mogą się posunąć, gdy zaczynają się kierować względami estetycznymi”.
… może jednak te moje oczojebne pisaki nie są takie złe.

butterfly by warhol

zanućmy

wiosna to jest moim zdaniem zupełnie dziwaczny fenomen. zwłaszcza w Polsce, gdzie w wyniku efektu cieplarnianego i innych niezrozumiałych wydarzeń klimatyczno-jakichś-tam pogoda na wiosnę jakby nie różni się zasadniczo od pogody zimowej czy też jesiennej (a bywa, że i letniej).
kulturowo jesteśmy zdeterminowani do tego, żeby od dnia 21 marca się cieszyć i epatować tą radością poprzez zadowolone miny i kolorowe sukienki (ewentualnie inne fatałaszki, żeby nie było, że jestem stronnicza). no i rzeczywiście promienie słońca działają, poprzez soczewkę oka, bezpośrednio na nasz hipokamp, powodując nieuzasadniony durnowaty uśmiech na twarzy. w związku z tym wmawiamy sobie,że jest tak pięknie i cudownie. częściej jeździmy szaleńczo rowerem, powodując kolejne groteskowe wypadki chodnikowo-drogowe, zbieramy kwiatki, widzimy więcej kolorów na świecie, chociaż świat nadal jest pełen szarych ścian, które należałoby zapełnić jakąś sztuką streetową, np. taką:

baby art

widzimy te wszystkie kolory, kwiatki, bratki i stokrotki, słoneczka elastyczne, huśtwaki sznurkowate, linkowe drabinki, po których wspinać się można na placu zabaw (ekhm, zapędziłam się…).
no i w związku z tym endorfinki działają, zakochujemy się częśćiej.

wiosna więc kojarzy mi się ze wszystkim, co przesłodzone i cmokliwe, zwłaszcza z parami nastolatków, które okupują parkowe ławki, doprowadzając sfrustrowanych singli do stanu rozpaczy. proponowałabym tostery parkowe w wersji mini albo jakieś domki modułowe, co by się tam zamykali i nie zakłócali kontemplacji natury, „nieustannego źródła inspiracji”, zdaniem Antoniszczaka (patrz: „Fobia”).

nie jest jednak tak, że jestem zupełnie pozbawiona zdolności do romantycznych (parkowo-ławkowych) uniesień. z wiosną kojarzy mi się chociażby piosenka Simone White „Beep beep song”:

Beep beep beep beep beep beep beep
go the horns in the cars in the street
we walked away from the lover’s leap
opposite directions
synchronised feet
wait wait wait wait wait wait wait
for the time it takes a heart to mend a break
how many moons are reflected in the lake
can you wait forever if time is all it takes
despite all the warnings
I landed like
a fallen star
in your arms
beat beat beat beat beat beat beat
goes my heart on the side of my sleeve
whispering something I can hardly believe
„let me take the lead
cos love is all we need

jest ona dla mnie esencją wiosennej atmosfery miłości i „uczucia ponownych narodzin”, chociażby padało, śnieżyło, mroziło i wiało.

a co ze sztuką na wiosnę? właśnie. tutaj należałoby się odnieść do słów Andiego Warhola, iż „fantasy love is much better than reality love. never doing it is very exciting. the most exciting attractions are between two opposites that never meet”.
poza tym, cóż – wiosna sprzyja pozytywnym emocjom, a to wcale nie jest dla potencjonalnego twórcy dobre, wpadnie jeszcze na pomysł wybrania się na przejażdżkę rowerem za miasto i ugrzęźnie gdzieś na rozdrożach albo, co gorsza, wpadnie w drzewo, zabije kogoś, trafi do więzienia… i nici z artysty.
jeśli więc rozchodzi się o sztukę wiosną, to preferuję
biennale i bierną konsumpcję wytworów artystycznych. artyści wiosną niech lepiej zamykają się w domu, a jeśli już wychodzą na zewnętrze to może niech sprawiają, żeby już nie trzeba było zakładać różowych okularów, aby było kolorowo. mogliby maznąć czasem coś na naszych szarych murach, choćby bratki takie, jak Wilhelm nasz kochany, Sasnalem zwany zrobił w ogrodzie Muzeum Powstania w Wawie:

w. sasnal BRATKI

przy okazji wiosny też: mały apel do właścicieli psów, aby na wiosnę nasze polskie trawniki były zdatne do przesiadywania na nich. a jak się właściciele psów nie zastosują, to ja proponuję zbiorową eksterminację domowych pupilków i utylizację w postaci dzieła sztuki-manifestu ludzi, którzy nie uważają wdepnięcia w kupę za sprawkę niebios i znak jakiejś szczególnej, przypisanej nam akurat szczęśliwości rzekomej, działania bogini Fortuny, czy jakiejś innej siły sprawczej, jeszcze bardziej niedorzecznej.
myślę, że Katarzyna K. przyklasnęłaby z entuzjazmem temu projektowi.

kozyra

jak bum cyk cyk – czyli zaczynam wypruwać z siebie ostatnie tchnienia realu

bill brandt

na początek wypadałoby przedstawić listę postanowień, celów i sposobu ich realizacji tak, jak to się robi przy dobrym biznesplanie, ale ograniczę się tylko do prostej dewizy, która będzie mi przyświecać „żadnej privaty, tylko sztuka w wydaniu pure&dry”. znaczenie tejże dewizy wyklaruje się, mam nadzieję, z czasem, w miarę zamieszczania kolejnych notek, o ile (o zgrozo!) nie popadnę w miałką manierę tandety i kiczu oraz (co gorsza) nie rozpłynę się we własnych, jakże szalenie (kiedyś będę musiała przeprowadzić ankietę na temat skojarzeń związanych z tym słowem, już na samo jego nieme brzmienie w mojej głowie doznaję wizji: oto pani po czterdziestce, zaaferowana ponad wszystko kulturą, snuje ckliwe wynurzenia na temat sobie tylko zrozumiały…) osobistych fobiach, maniach i tym podobnych stresogennych wynalazkach psychologii.

nurtuje mnie kwestia istnienia sztuki jako swego rodzaju dyskursu we współczesnej, szeroko pojętej, kulturze.
kręci mnie architektura w wydaniu
algorytmicznym, architektura muzeów i zagadnienie dzisiejszej instytucji samego muzeum w różnych ujęciach.

iSaw

zastanawia możliwość przejścia sztuki do istnienia virtual z realu na poziomie zupełnym i nieograniczonym.

a. durer, melancolia

stosunek do tradycji tego, co dzisiaj się sprzedaje/kupuje, nastawienie twórców tak zwanej kultury do spetryfikowanych form życia i tworzenia, ich nieudolne próby oderwania się od przeszłości, negacja tekstów kultury, którym i tak nie można już zaprzeczyć, chęć stworzenia własnych, nowych form na zasadzie oryginalności, a jednocześnie opierania się na zasadzie „wszystko już było, więc już tylko można wszystko dekonstruować, ewentualnie składać tylko, że krzywo, wbrew zasadom ładu i harmonii” (czy to już nie jest pojęcie anachroniczne?).
anestetyka, kicz, rynek sztuki, a w tym wszystkim ja i mój wzrok zafiksowany gdzieś na przedmiocie, którego nie ma…

wszystko to, co jest amalgamatem wszystkiego, dziwaczną mieszaniną prawdy, fałszu i kreacji, tożsamości z maską, nudnej/fascynującej przeszłości z fascynującą/nudną teraźniejszością.

zrobił się z tego mały manifest. niechaj będzie więc takowy, chociaż miałby być zupełnie inny, to i tak będzie taki, bo jakikolwiek by nie był i tak niczego nie zmieni.

h. cartier-bresson

a ja się wciąż martwię i boję, że o privatę zahaczę (i to pewnie nie raz, nie dwa, nie trzy…). do medalionika najświętszej panienki modły wzniosę, może się ulituje dekonstrukcjonistycznie nade mną i wysadzi mój komputer w powietrze.
jeśli jednak nie, uznam to za znak ze strony niebios, iż pisać mogę, privaty nie będzie, a choćby i była, to zupełnie uzasadniona względami wyższymi, patrz:
sztuka w wydaniu pure&dry.

 Page 12 of 12  « First  ... « 8  9  10  11  12